środa, 18 grudnia 2013

W pogoni za ciszą


Kiedyś świat potrafił rozkochiwać się w ciszy. Jedno spojrzenie w przestrzeń niewysłowioną było spojrzeniem w serce wieczności. Dusza pobłogosławiona błogim spokojem, była wolna od nieustającego pragnienia bycia gdzie indziej. To, kim się stawała w tych momentach ukojenia było wystarczające. Nikt nie szarpał się z losem, by w nim swe powodzenie znaleźć. Bo czymże jest szczęście, tak poszukiwane, jeśli nie zgodą i akceptacją tego, kim jesteśmy? Uchwyciliśmy się rzeczy, otoczyliśmy się hałasem. Bez dwóch zdań kochamy ten szum! To on się stał naszą ciszą, głośną i natrętną...
Utracona sztuka ciszy powoli umiera. Choć gdzieś tam w tej duszy pogubionej, ogłuszonej wrzawą i rumorem, wydobywa się delikatny szloch, wołanie o powrót do ogrodu, gdzie to, co ludzkie łaczy się w harmonii z tym, co Boskie.
Bo przecież cisza to nie bezgłos... to słodkie szepty Stwórcy.

czwartek, 12 września 2013

Mój dom

Napełnij mnie niebem
Napełnij rozkoszą
Chcę być nasycona Twoją miłością
Orzeźwiona Twoim blaskiem.
Roztańcz mnie w sobie
Chcę marzyć o bliskości
Której rzeczy nie zastąpią
Oddać Ci chwałę, jakiej pragniesz
A nie na jaką mnie stać.
Zanurzyć się w Twym sercu
Wsłuchać się w Jego szept
Porzucić powierzchowność
Wzbić się w niebo.
Szukam dziś tego miejsca
Zapomniany Eden
Zerwana więź
O jak tęsknię, by to mieć!
By odzyskać piękno
Rozkochać się w Jego ogniu
Wystukać rytm nowej pieśni.
Nowe serce
Nowa ja
Czas przywrócić porzucone szczęście.

Jesteś moim domem
Do ciebie zawsze wracać chcę .

niedziela, 1 września 2013

Dziecko Szczęścia


W błękitnej, aksamitnej sukni i z włosami spiętymi do góry, stałaś tam obok uroczego pana – mężczyzny twego życia. Przed człowiekiem, któremu dane zostało prawo przypieczętowania  na wiecznym papierze waszych ślubów, wypowiedziałaś od zawsze powtarzane słowa, z całą powagą i pewnością, że to najlepsza droga. Dostałaś to, na co ciężko pracowałaś. Przez lata nie byłaś godna męskiego spojrzenia. Walczyłaś ze swoim ciałem, a jeszcze bardziej z lodówką. W końcu wzięłaś się za siebie, choć nikt cię do tego nie zmusił. Celem twoich rodziców była tylko ciężka praca, w domu oczywiście, bo tam jest miejsce kobiety. Nie miałaś szans wzbić się ponad ogrodzenie swego mieszkania. Ryzykowałaś życie wymykając się nocami na przyjęcia, gdzie mogłaś choć przez chwilę nacieszyć się widokiem płci przeciwnej. Często kończyło się to pręgami na całym ciele. Ale się nie poddałaś. Toczyłaś nieustanną wojnę z jedzeniem, waga skakała jak szalona. W końcu udało ci się osiągnąć idealną sylwetkę.
Po pewnym czasie jedna z tych nocnych eskapad przyniosła owoc i to chyba dość trwały. I tak o to tu w Urzędzie Miasta, zawierasz związek małżeński z miłością twego życia. Oczywiście nie zabrakło ceremonii kościelnej. To bardzo ważne dla tak bogobojnej kobiety jak ty, a jeszcze bardziej dla twojej rodziny. Wiedziałaś, że nie jest to jakaś tam ideologia, bądź pobożne życzenie. Wierzyłaś w każde słowo, które wypowiedział, a co do swoich nie miałaś żadnych wątpliwości. Szczęście ogarnęło wszystkich. Córka za mąż wydana. W dobre ręce oddana. Państwo młodzi zamieszkają na farmie u jej rodziców i razem będą tworzyć wspaniałą rodzinę. Ale najpierw huczna impreza, pieczona świnia, wódka i tańce. To właśnie tam po raz pierwszy zauważyłaś, że jego oczy nie szukają już twoich. Przez chwilę miałaś wrażenie, że być może jest niezadowolony z czegoś na przyjęciu. Nie, jego oblicze naprawdę się zmieniło. Nie miał ochoty ani tańczyć, ani żartować. Jego gniewne spojrzenie unikało twojego. Był opryskliwy i jakże niedostępny. Nie wiedziałaś, co z tym zrobić. Zawsze byłaś nieśmiała, nigdy nie zaczynałaś pierwsza rozmowy, nie przy ludziach. Niewątpliwie coś wisiało w powietrzu. A on tylko pił i pił…
Tej nocy zamknięta na poddaszu pokoju wynajętego przez rodzinę nowożeńców, siedziałaś sama, a twe czarne łzy padały prosto na twą błękitną suknie. Co chwilę zerkałaś w okno, wypatrując tego, który powinien tu być. Trzęsłaś się z przerażenia. O 4 nad ranem połknęłaś kilka tabletek i zasnęłaś. Choć kilka godzin później jego chwiejne kroki słychać było już z daleka, nie mogłaś wydostać się z długiego i jakże ciężkiego snu. Otworzyłaś oczy przed południem, znowu sama. Wiedziałaś, że tu był, czułaś jego zapach. Kilka dni później wszystko było jasne. W dzień ślubu odkrył, że wcale nie jesteś tak bogata, jak myślał. To popsuło jego plany, jego ‘’miłość’’. Kilka miesięcy później podpisaliście kolejny dokument, tym razem nie tak doskonały w oczach kościoła. W małej komunistycznej wsi wieści rozeszły się bardzo szybko. Wstyd i pogarda ciążyły niczym klątwa nad waszym domem. Ze złamanym sercem  najlepiej pójść do domu Bożego, poradzić się tych, co Boga znają najlepiej – pomyślałaś. Niestety ludzie Tego z góry zarządzili, że tego typu grzech (rozwód oczywiście)jest zbyt ciężki i dlatego już nie będziesz mogła mieć społeczności z Jezusem w komunii świętej. Spowiedź nic nie pomoże, droga od konfesjonału do ołtarza jest nie do pokonania. Najwyraźniej taka wola nieba. Uwierzyłaś w to, że Bóg nie chce mieć nic do czynienia z rozwodnikami. Pewnie zrobiłaś coś nie tak, skoro już w noc poślubną twój mąż wybrał łoże innej. Z winą i potępieniem opuściłaś święte, przepełnione chłodem mury. Przez kolejne lata już tam nie zaglądałaś.
Powróciłaś do swej zagrody, pogodziłaś się z lodówką, z kpinami ojca i obojętnością matki. W dzień pracowałaś, nocami szlochałaś. Nie było nikogo, kto by chciał otrzeć twoje łzy.
Nie minęły dwa lata i na twej drodze pojawił się inny młodzieniec. Dopiero co wrócił z wojska, wysoki, zabawny i pewny siebie. Od razu cię oczarował. Ty nie musiałaś nic mówić, on robił to za ciebie. Zapowiadał się idealny związek. Śpiewał ci wymyślone przez niego piosenki, a jego wygłupy i aktorski wdzięk szybko został zauważony i zaakceptowany przez twoich rodziców. A w dodatku nie pijący. Zakochana znów wypowiedziałaś: TAK. Wiedziałaś, że Bóg się na to nie godzi, ale tym razem tobie  nie przeszkadzało, że ksiądz się nie zjawi na uroczystości.  Rodzice trochę ubolewali, ale woleli wydać cię za mąż i doczekać się wnuków.
Dzień ślubu. Kolejny cudowny moment, kolejne rozczarowanie. Nie mogłaś uwierzyć własnym oczom. Twój abstynent popijał kieliszek za kieliszkiem. Od tej pory już się z nim nie rozstawał. Po jakimś czasie na świat przyszła ona, twoja córka. Ania miała być lekiem na całe zło. Gdy on melanżował do białego rana, ty zanurzałaś się w miłości do najcudowniejszej istoty na tej ziemi. Jej zapach i ciepło leczyły twoje rozbite serce, ukajały ból, od którego nie potrafiłaś uciec. Mijały miesiące, a w domu było co raz gorzej, krzyki, awantury, rozbite kryształy i rozwalone meble. Któregoś dnia, pijany na umór poszedł do pokoju, gdzie spała Ania. Usłyszałaś jej płacz i szybko pobiegłaś. Przeczuwałaś najgorsze. Wziął ją na ręce i na twoich oczach próbował rzucić na ziemię, ale w ostatniej chwili udało ci się ją złapać. Do akcji wkroczył twój ojciec. Przyjechała policja i pozamiatała. A ty siedziałaś tam skulona, przytulając twój największy skarb. Trzęsłaś się i płakałaś razem z nią.  Następnego dnia wyrzuciłaś wszystkie jego rzeczy i zmieniłaś zamek. Kilka miesięcy później podpisałaś kolejne papiery. Dwukrotnie rozwiedziona, dwukrotnie potępiona. Mówią, że rana dwa razy zadana w to samo miejsce, czyni je silniejszym.  Ale czy jest cokolwiek, co może odrodzić utraconą wiarę, nadzieje na prawdziwy związek, którego więzów nic nie będzie w stanie rozerwać? Jedno jest pewne, miałaś Anię, twoją nową miłość. Ona cię nie zdradzi, nie oszuka – tak myślałaś. Jej niewinność i czystość ukajały twoją utrudzoną duszę.
Mijały lata. Ania wyrosła na piękną młodą kobietę. Była twoim wszystkim. Walczyłaś o nią, gdy była chora, pracowałaś ciężko, by dać jej same najlepsze rzeczy. Byłaś dumna z siebie, bo dokonałaś tego sama, choć nie było łatwo. Często sporo brakowało do doskonałego życia, ale kochałaś ją, a ona ciebie. Widziałaś w niej wszystko to, czym chciałaś być. A może sprawiłaś, by była taka, jaką pragnęłaś, by była….
Gdy skończyła 18 lat zdecydowała, że wybiera się w podróż po świecie, idąc swoją własną drogą. Nie mogłaś pojąć, dlaczego tak szybko chce opuścić rodzinne gniazdko. Później dowiedziałaś się o jej o nowych marzeniach. Nigdy ci o nich nie mówiła. Miała nowych przyjaciół, a nawet rodzinę. Rzadko się widywałyście. Wydzwaniałaś ciągle męcząc ją pytaniami i swymi troskami. Uspokajała cię, mówiąc, że jest szczęśliwa. Anna była twoim całym życiem, twoim marzeniem, szczęściem i ostoją. Teraz to wszystko zostało ci zabrane. Zostałaś sama i nie wiedziałaś, czego się uchwycić. Próbowałaś zmusić ją do powrotu wszelkimi możliwymi sposobami. Na próżno.  I znów siedziałaś sama w swym pokoju. Znów szukałaś czyjegoś ciepła. Tęskniłaś za bliskością drugiego człowieka, kogoś, kogo mogłabyś kochać całym sercem, kogoś, kto nigdy nie odchodzi.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Anna tym razem nie mogła spędzić go z tobą. Zapowiadało się samotne świętowanie. Któregoś wieczora, jak wracałaś z zakupów, zasłabłaś i usiadłaś na ławce niedaleko kościoła. Nie miałaś sił dalej nieść tych torb. Rozpłakałaś się jak dziecko. Zrozumiałaś, że znów nakupowałaś rzeczy tak, jakby ona miała przyjechać. Siedziałaś tam przez kilka minut, zaczął prószyć delikatny śnieżek. Jego płatki rozpływały się ze łzami na twej twarzy. Wtedy spojrzałaś na małą stajenkę stojącą w pobliżu. Z kościoła właśnie wydobyła się melodia dobrze znanej ci pieśni. Stałaś tam wpatrując się w maleńkiego Jezusa. Zamknęłaś oczy i wsłuchiwałaś się w muzykę. Miałaś wrażenie, że burza cichnie, a twe serce uspokaja się. Wtedy pomodliłaś się po raz pierwszy od 20lat. Zapomniałaś wszystkie znane ci pacierze. Po prostu pozwoliłaś słowom płynąć. Nie gniewał się. Teraz byłaś tego pewna. Tak bardzo tęskniłaś za tym miejscem, za muzyką z nieba, wiarą w cuda i Bogiem, który cię słucha. Nigdy jednak nie czułaś takiego pokoju. Tak, jakby nie było tych wszystkich lat rozłąk i bólu. Miałaś wrażenie, że czas się zatrzymał: Mała dziewczynka biegnie z radością do kościoła, czyste, niewinne dziecko, bez brudu i nędzy tego świata. Zanim  jego ludzie nie zniszczyli ziarna wiary zasadzonego już w wieczności, zanim ktoś zechciał, byś się zjawiła, zanim wydałaś pierwszy dźwięk, zanim rozczarowałaś tych, którzy powinni kochać bez względu na wszystko, właśnie wtedy to spotkanie miało miejsce. Dlatego czujesz taką ulgę, bo na nowo zbliżasz się do doskonałości, do miejsca skąd przyszłaś, do serca Tego, który marzył o tym, abyś była.

Czyste niewinne dziecko, bez brudu i nędzy tego świata zrodziło się w tobie. Miłość, która nie opuści, nie zdradzi…dziecko szczęścia.

niedziela, 25 sierpnia 2013

W drodze do krainy Moria

Gotowe twe serce było
Na dzień próby
Na który nikt nie czeka.
Wiedziałeś, że ten moment nastanie
Gdy Najwyższy poprosi o ofiarę.
Ogień przenikał twą duszę
Serce uległo trwodze
Rozdarte między miłością a miłością.
Wybór, przed którym nie powinno się stawać.
A jednak posłusznie wyruszyłeś w drogę
Do krainy Moria zaprowadził cię.
Na górę cierpienia wspiąć się musiałeś.
Z każdym krokiem w bezsile pogrążałeś się.
Odwróciłeś wzrok od swego umiłowanego
Choć jego oczy pełne były zaufania.
Nie bał się, niczego nie podejrzewał
Pewny tego, kim jego ojciec jest
Niczym owca prowadzona na rzeź.
Tymczasem Ten z góry 
Jeszcze jedno miał zadanie
Bo przecież bez ołtarza nie ma ofiary.
Twa dusza płonęła
A ty w pokorze budowałeś miejsca kaźni
By na zawsze złożyć dar
Obietnicę swego życia.
Ta historia mogłaby się tak zakończyć
Lecz to nie o śmierci jest rozprawa.
Znałeś swego Jahwe, Tego który Jest
Wiedziałeś, że cię nie zawiedzie
Że Jego miłosierdzie na wieki trwa.
Tak, jak przyrzekłeś swemu dziecku:
Pan zatroszczy się
Upatrzy sobie jagnię na ofiarę....
Wiara w Jahwe ostała się.
Podróż tak bolesna
Szczęśliwie zakończyła się.
Na górze Pana jest zaopatrzenie
Na górze w krainie Moria
Obietnica podtrzymała cię.



piątek, 16 sierpnia 2013

Bóg, który widzi

Nad grobem swej młodości
Stoisz z kamienną twarzą
Zwróconą ku niczemu.
Pochowałeś swe złudzenia
Szaleństwa i beztroskę.
Próbujesz ukryć smutek
Bo to głupie rozczulać się
Nad własną naiwnością.
Czekasz tylko, aż rozejdą się ci,
Dla których twój ból nic nie znaczy.
Klepią cię po ramieniu
Choć wcale nie jest im przykro.
Dla nich to błahostka
Nie jeden przecież 
Musiał pożegnać się z marzeniami
Pogrzebać zbyt wzniosłe życzenia.
Czas dorosnąć
Zacząć myśleć
Narzekać 
I wątpić, a nie wierzyć!
Bo wiara to młodzieńców skaza
Ten, kto mędrcem dojrzałości się stał
Wie, że za rogiem czai się porażka.
Okrutna i niewdzięczna to rzecz
Że przekleństwem życia 
Jest jego błogosławieństwo.
Zbadali i poznali
Że lepiej chcieć tylko to,
Co dziś możliwe jest.

W końcu zostałeś sam.
Skulony, na cmentarnej ławce
Pozwalasz, by łzy słabości popłynęły.
To nie jest gorzka woda
Nie czas, by żegnać się na wieki.
Ty wiedziałeś, że jest moc
Która sięga ponad grób.
Resztkami sił starasz się ufać.
Ból nie zatruł twego serca
Serca młodzieńca,
 Dla którego bajki są prawdziwe 
Gdzie szaleńcy potrząsają światem
A zastępy nieba im dopingują.
Zwróciłeś się ku życiu
Które nigdy się nie kończy
Czekałeś tam wiernie
Bo wiedziałeś, że ziemia poruszy się
A kamienne płyty pozwolą słońcu
Otulić je nadziei tchnieniem
I rozświetlić drogę ku przeznaczeniu,
Ku pragnieniu, które nie umarło
Lecz na chwilę zasnęło.
Bo twój Bóg to studnia
Boga Żywego, który widzi.
W Nim nie kończy się to
Co jeszcze się nie zaczęło.

środa, 14 sierpnia 2013

Czekając na cud

Gdy czekasz na cud
Twe serce drży z niecierpliwością
Marzysz o nowym
Tęsknisz za starym
Pragniesz dotknąć niewidzialnego.
To czas, gdy nadzieja 
Jest wszystkim, co masz.
Wypatrujesz znaków na niebie
Które zaprowadzą cię do miejsca
Gdzie nowe narodzi się.
Wsłuchujesz się w szepty wieczności
Twe oczy widzą wyraźniej
Twe uszy słyszą bardziej.
Bo czekasz na cud
Na Boga, który ożyje w twym sercu
Na wiarę, której małe ziarno wystarczy
By poruszyć tym, co zmienić się nie chce.
Wtedy odkrywasz, że to wyczekiwanie
Pełne jest łaski
Obietnicą o niezmierzonej ilości 
Gwiazd na niebie
O ziarnach piasku
Którego zliczyć nie można
O ziemi pięknej i nieodkrytej.
Bo czekanie to nadzieja na lepsze
Na to, co przychodzi z góry
Spełnienie obietnicy
Ojca Abrahama, Izaaka i Jakuba.

czwartek, 25 lipca 2013

Drzewo Życia

O człowieku i jego ogrodzie
Usłyszał cały wszechświat
Miał być panem Ziemi
A stał się jej niewolnikiem.
Pierworodny człowieczeństwa
Z prochu ulepiony
Na obraz swego Stwórcy.
Jedyny, który oglądał Go twarzą w twarz
A jednak pogardził Jego chwałą.
Zaufał swej intuicji
Odrzucił przestrogę Pana
Z drzewa poznania dobra i zła
Owoce słodkie skosztował.
Nie tak słodkie, nie tak dobre
Potępienie i wstyd się okazały
Odwieczny inny miał plan
Najlepsze dla swych synów chciał dać.
W Jego obliczu byli bezpieczni
Bez smaku porażki mogli z Nim chodzić
Morale i zakazy?
To nie tak miało być!
Z Drzewa Życia
Pragnął, by czerpali
Chrystusowej pełni kosztowali.
Tak człowiek porzucił swe dziedzictwo
Daleko od Edenu musiał udać się.
I tak moc poznania dobra i zła
Działa na tej ziemi.
Ludzkość, co przed Bogiem ucieka
Zmęczona wiedzą
Że dobra nie da się dosięgnąć
Udręczona jarzmem pobożności
Skupionej na człowieku
Co jej unieść nie może.
Próbuje spodobać się Ojcu
Który ich o to nie prosi.
A Drzewo Życia
Zapuściło korzenie pośród nich
Jego owoce znów są dostępne
Na nowo otwiera bramy swego ogrodu
Przyjdź, jedz i żyj!

środa, 24 lipca 2013

Krzyż Chwały

Na kawałku drewna
Zapisano me niecne czyny
Zmazane przelaną krwią
Już nikt nie wspomni mi ich nigdy.
Nawet przed Bogiem zakryte zostały
Wszystkie moje grzechy 
Na wieki umarły tego dnia.

Przeklęty ten, który zawisł na krzyżu
Błogosławiony ten,
Który w Nim swoje życie znalazł.
Spisałeś nowy testament
Dziedziczką błogosławieństw Twych się stałam.
To nie tylko dom w niebie
To moc przymierza miłości
To Krzyż Chwały
Pełnia Chrystusa we mnie.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Nowy początek

Idąc przez ciemną dolinę
Chaos rozprasza moje serce
Myśli wściekłe na Odwiecznego
Język spięczony od jęczenia
Dlaczego mnie opuściłeś?
Czyżbyś zapomniał, co sam obiecałeś?
Niekończące się pytania
I zarzuty wobec Autora Życia.
Życia, które czasem brzydnie
Niedocenione, niezrozumiane
Przez ból okryte kłamstwami.
Biegnę, upadam, leżę
Wstaję, choć nie wiem skąd ta siła.
Nie rozumię nic, co się dzieje
Nie pojmuję Boga, którego pokochałam.
Swym żalem miażdżę świat dookoła
Pozbawiona sensu, który zawsze był.
Coś mi mówi, że to koniec czegoś
Nowy Początek nachodzi.
Wtedy zjawia się Ten, którego oskarżałam
Otula mnie płaszczem swej łaski
Nie karci, nie sądzi
Opowiada o miłości nieskończonej
O sercu pełnym miłosierdzia.
Współczucie,jakiego pojąć nie można
Łagodność niezasłużona.
Uciekałam przed karą
Którą już ktoś za mnie zapłacił.
Oczekiwałam pretensji
Otrzymałam pokój.
Na nowo rodzę się
Na skrzydłach wiary podnoszę się
Z więzienia mych emocji wyprowadzasz mnie
Nie za dobre sprawowanie
Ale ze względu na Ciebie
To Ty kupiłeś mą wolność.
Nie zmieniasz się
Nie żałujesz
Kochasz, kochasz
I zawsze będziesz kochał.
Więc biegnę, by zatopić się w ramionach Miłości.
Gdy upadam, Ty podnosisz mnie.
To nie moja siła
To Twoja łaska.
Wszystko od nowa zaczyna się
Nowa ja
Nowy obraz Tego,
Którego ponoć znałam.

piątek, 19 lipca 2013

Wystarczająca łaska

Nieodkryta przez lata
Twa łaska mi była.
Błędnie mylona
Z kamiennym przymierzem
Gdzie Twa dobroć zawsze kosztuje
A Twój sąd nigdy nie ustępuje.
Nie rozumiejąc kompletnie Twej wielkiej miłości
Tułałam się składając ofiary mej pobożności.
Ufając po cichu, że to zauważysz
I odpłacisz tym, o czym marzę.
Moja siła nic nie stworzyła
Me poświęcenie gór nie zdobyło.
Bo na końcu tej drogi jest tylko frustracja.
Każdy upadek to potępienie
Każdy najmniejszy grzech
To od Boga oddzielenie.
Czy ktoś może zatrzymać te błędne koło?
Zmęczona uczynkami
Wyczerpana powtarzającymi się formami
Szukam drogi ku zwycięstwie
Pragnę odpocząć od mych dzieł.
Skoro krzyż otworzył drogę
A Twe zmartwychwstanie pokonało słabość
Czemu wiernie ufam swemu ciału?
I przez posłuszeństwo
Próbuję zdobyć Twe uznanie?
Moja ofiara nie może być większa niż Twoja.
Bo czyżbym chciała pokazać,
Że przelana krew nic nie zmieniła?
A przecież tam na Golgocie
Zapłaciłeś za wszystko, co mi dziś potrzeba.
Już nie bedę polegać na sercu z kamienia
Oko za oko, ząb za ząb
To nie Twoja domena.
Uczyniłeś mnie sprawiedliwą
Choć wciąż upadam.
Nazwałeś świętą
Choć stale zawodzę.
Nowe serce, pełne życia mi dałeś.
Tam już śmierć nie króluje
Zapieczętowałeś je swą miłością.
Dlatego odważnie podchodzę do tronu łaski
I pokornie uczę się brać to,
Co dla mnie zdobyłeś.
Już nie chodzi o moje ofiary
Cena została zapłacona
A do doskonałego dzieła nic nie można dodać.
Taka właśnie jest Twoja łaska
Wystarczająca.



niedziela, 16 czerwca 2013

Tożsamość serca

Polska, poszerzona wersja mojego wcześniejszego tekstu UNWANTED.

Tamtego dnia tuż przed zachodem słońca, pojawiła się przy dzikiej plaży.  W białej zwiewnej sukience, szła spokojnie, ze spuszczoną głową. Jej twarz przykryta była posklejanymi od łez długimi włosami. W ręku trzymała świstek papieru z zapisanym na nim jakimś adresem. Po chwili wypuściła go z ręki, patrząc, jak unosi się nad wzburzonym morzem. Spojrzała w górę i rzekła:
- To koniec.  Już czas, bym odkryła nową siebie.
Jako mała dziewczynka, nie wiedząc czemu, nieustannie poszukiwała adoratorów, pragnęła być czyimś oczkiem w głowie, czyjąś dumą i chlubą. Zabiegała o podziw na różne sposoby. Potrafiła być taka, jaką chcieli, by była: piękna, chuda, mądra, zdolna. Nie zawsze jednak było łatwo utrzymać te standardy. Czasami słabość triumfowała. Nienawidziła tego. Brak rezultatów wzbudzał frustrację, a nawet gniew na samą siebie. Powoli, lecz brutalnie zabijała własne ciało, by stać się statuą uwielbienia dla tych, którym i tak była obojętna. Wciąż czuła to przerażające poczucie bycia nieważną. Chwilowy przypływ pozytywnych emocji nie pomagał wyleczyć stałego stanu jej duszy, uwolnić od natarczywych myśli. Strach przed zranieniem pociągał ją ku odrzuceniu ze strony innych. Szybko doszła do wniosku, że ci, którzy powinni ją kochać, nigdy nie są blisko.
Miała głęboki żal do ojca, który z dnia na dzień zniknął, bez pożegnania, bez żadnych wyjaśnień. W domu każdy odreagowywał to na swój sposób, najczęściej zamykając się w pokoju. Izolacja była ich lekarstwem, które jeszcze nikogo z żadnej choroby nie wyleczyło. Ona wiedziała, że to i tak nie ma sensu. Pragnęła uwolnić się od tych chorych schematów, choć nadzieja na wyrwanie się wydawała się być złudną.
Po jakimś czasie, ojciec zaczął wydzwaniać z przeprosinami. Wielkie obietnice, których i tak nie miał zamiaru spełnić. Mimo tego, wciąż mu wierzyła. Wyczekiwała w oknie, wypatrując, czy już się nie zbliża. Siedziała tam zbyt długo, a jednak za krótko, by zapomnieć. Ciągle mu ufała, jak małe dziecko, pragnęła uścisku tatusia. Chyba nie da się wyzbyć tego pragnienia. Połączeni zostali nierozerwalną nicią genetyczną, dryfując przez życie i nie mogąc go zrozumieć  bez siebie nawzajem,  obarczeni przeznaczeniem, od którego nie ma ucieczki.
Pewnego dnia postanowiła go znaleźć. Sama nie mogła pojąć, po co to robi. Wciąż czuła ogromną nienawiść do niego, ale jakaś mała cząstka w niej, wołała o przebaczenie. Nie zaplanowała tej podróży, po prostu wyszła z domu i ruszyła przed siebie z adresem ojca zapisanym na małej kartce. Jej poharatane serce samo prowadziło ją do niego, ku wolności, ku uzdrowieniu. Biło jak szalone, pełne ekscytacji i paraliżującego lęku. Gdy już znalazła się pod jego domem, wszystko, jakby w jednej chwili zamarło. Zza drzwi wyłonił się ten, którego szukała. Zaskoczyła go i choć zaprosił ją do środka, czuła, że wcale się nie cieszył z jej wizyty. Tak bardzo chciała się z nim zobaczyć, powtarzała w głowie wszystko to, czym pragnęła się z nim podzielić. Niestety on milczał, doskonale chroniąc swoje serce. Zauważyła, że jakoś urządził sobie życie, poukładał sprawy. Pewnie już nie tęskni, nie myśli. Nie tak, jak ona…
W niezręcznej atmosferze wypili herbatę. Nie mogła się doczekać ostatniego łyku. Wymienili kilka pojedynczych słów, spotkanie dobiegło końca. Tak długo czekała, by się z nim zobaczyć, marzyła, by ją przytulił i powiedział, że kocha. Niestety jego uścisk był zimny i zbyt krótki. Wtedy zdała sobie sprawę, że on nigdy jej nie potrzebował. Musiała przejść taki kawał drogi, tylko po to, by się dowiedzieć, że jej własny ojciec jej nie chciał? Wielkie objawienie! Przecież zawsze o tym wiedziała. Już nie będzie na niego czekać w oknie. Jedno jest pewne –on nigdy nie wróci.
Tego dnia, przy świetle zachodzącego słońca, wyczerpana podróżą, usiadła na niewielkim kamieniu przy plaży. Mimo ogromnego bólu, zdecydowała, że nie chce już więcej, by tożsamość niechcianego dziecka definiowała jej całe życie.
- Ty po prostu nie wiedziałeś, jak być ojcem – rzekła. – Dlatego, z taką łatwością, przyszło ci mnie odrzucić.
Nawet nie zauważyła kiedy zaszło słońce. Delikatna powłoka ciemności okryła niebo, oczekując na pierwszą gwiazdę, pierwszy uśmiech księżyca. Wpatrując się w bezkres morza, jej serce uspokajało się z każdym uderzeniem fal o brzeg. Nie musiała nic mówić, niebo rozumiało jej modlitwę.

Czas zakończyć tą historię, nowy dzień się zbliża…

środa, 12 czerwca 2013

Piosenka o marzycielu

Ten wiersz napisałam dla mojego wspaniałego meża, mego małego wielkiego MARZYCIELA.

Ty, który nosisz w sobie marzenie
Ty, który walczysz z wiatrem
Ty, który pragniesz głębokości
Ty, który szaleństwami bombardujesz niebo...

...Jesteś ogniem nieugaszonym
Nieposkromionym chwalcą.
Jesteś synem Dawcy Marzeń
Twe sny słodkie Mu są.

Nie zatrzymuj się!
Niech skrzydła pasji uniosą cię
By serca wasze spotkały się
Gdzie Jego chwała przykrywa twą bezradność.
I liczy się tylko to...
I liczy się tylko to...
I liczy się tylko to...
...że pragniesz.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Ezechiel 20

W miłosierdziu swym
Prowadziłeś lud Twój ukochany
Wybawiałeś, leczyłeś i przebaczałeś.
A ich serca wciąż były nieczułe
A ich oczy wciąż pełne żądzy...

W miłosierdziu swym
Dałeś im prawo
By mogli żyć w bliskości z Tobą.
Na pustyni cudów objawiłeś rękę swą.
A ich serca wciąż były nieczułe
A ich oczy wciąż pełne żądzy...

W miłosierdziu swym
Ofiarowałeś ziemię
Klejnot narodów, dziedzictwo Abrahama.
Wołałeś, by w Twym przymierzu trwali.
A ich serca wciąż były nieczułe
A ich oczy wciąż pełne żądzy...

Za każdym razem
Jak Twój gniew podnosił się
Twoja miłość gasiła jego żar.

W miłosierdziu swym
Zgromadzisz wszystkich synów.
Wybaczysz ze względu na Twe Imię
A nie ze względu na ich czyny.
Nowe prawo ustanowisz
Już nie na kamieniu
Lecz na ich sercu wypiszesz.

czwartek, 6 czerwca 2013

Cisza

Cisza to nie rozstanie
To pieśń o zaufaniu.
Cisza to nie brak słów
Ale wsłuchiwanie się w bicie serca.
Cisza to nie pustynia
Ale nieustanne zanurzanie się w Jego łasce.
Cisza to oddzielenie, głód Boga
I poszukiwanie piękna.
W ciszy uczę się latać
Nie wiedząc dokąd poniosą mnie skrzydła.
W ciszy, choć samotnej i długiej
Dusza nigdy nie przestaje pragnąć
I dlatego wzbija się i wzbija
Ponad słowa i wszelki chaos
Osiągając szczyt swych możliwości
By móc otrzymać siłę z nieba.
Tak, cisza to odnowienie
Źródło wzmocnienia
I znak nadchodzącego zwycięstwa.
Więc uspokój się i zamilknij!
Daj się ponieść tej bezdźwięcznej harmonii.
Słyszysz ten delikatny podmuch wiatru?
To On.


wtorek, 4 czerwca 2013

Miłosierny Żebrak

Twarz spieczona od słońca
Stopy zmęczone wędrówką
Oczy okryte hańbą
Któż może w nie wejrzeć?
Skąd przyszedłeś, dokąd zmierzasz?
Jaką historie nosisz w sobie?
Samotny w tłumie
Goniących za życiem
Którego uchwycić nie mogą.
Siedzisz tak i czekasz
Aż ktoś odkryje twe serce.
Nie wiem kim jesteś drogi nieznajomy
Ale chcę podejść bliżej
Niż tylko do pudełka na monety.
Może jedno słowo
Będzie ci drogowskazem
I już nigdy cię nie zobaczę...
Słyszałam o aniołach
Ubranych w żebraczy strój
Nieładnie pachnący Słudzy Boży
Stępujący na ziemie
By błogosławić tych
Którzy zatrzymają się dla jednej duszy
By okazać miłosierdzie tym
Którzy miłosierdzie dają.
To być może Bóg czeka na rogu ulicy
Niepozorny i bez korony
Wyciągający swe serce na dłoni
Miłosierny Żebrak
Dziedzic Królestwa nie z tego świata
Gotowy, by błogosławić temu
Który przyniesie Mu kubek zimnej wody.
Gdzie jesteś duszo czekająca?
To nie ty mnie potrzebujesz
Ale ja ciebie.

Między starym a nowym

Wyrwałeś mnie ze starego
Z domu zgryzoty nieskończonej.
Drogą niby prostą
A jednak szlakami przez dzikie wzgórza
Prowadziłeś po swojemu
Ze starego do miejsca, które znam tylko ze snów.
Totalnie bez zrozumienia
Poddałam się Tobie
Ufając, że byłeś już tam przede mną.
A teraz stoję pomiędzy starym a nowym
I mam wrażenie, że jedno i drugie
Zbyt daleko, by móc dosięgnąć.
Próbuję uchwycić któreś ze światów
Na próżno wierząc
Że znam drogę na skróty.
Tak siedzę między Egiptem a Kanaanem
Duszę się ciasnotą
I recytuję psalmy
Może wykręcę rękę Bogu....?
Może zrobi Mu się żal...?
Każdego poranka łapię krople rosy
We wspomnieniach Twej dobroci
Szukam orzeźwienia.
I choć od narzekania język mi się pali
W głębi serca wiem, że jestem schowana
W cieniu Twojej łaski.
To własnie ona wznosi mój wzrok wysoko
Gdy nogi zawrócić chcą.
Łaska, która umierała na krzyżu
Dziś prowadzi mnie poza samą siebie
Poza strach
Poza dom niewoli
Do przystani upragnionej.
Tak więc między starym a nowym
Z utęsknieniem czekam aż dopełni się czas.
Odpoczywając w cieniu Twojej łaski
Wsłuchuję się w błogie szepty Nieba.

poniedziałek, 27 maja 2013

Bezużyteczny sługa

Moja korona
to bycie sługą.
Jestem córką Króla
a mój tron jest u Twych stóp.
Dałeś mi władzę i autorytet,
by z każdym dniem mniejszą stawać się.
Każdy Twój dar
to nowa posługa w cieniu chwały,
nie mojej, lecz Twojej Panie.
Każde stanowisko
to nie pałace ze złota, dostojność i rozgłos,
ale umywanie innym stóp.
Każdy awans
to nie schody do nieba,
ale długa droga w dół.
Nie czynię nic ponad to,
czego nie robiłeś Ty.
Nie jestem gorszym dzieckiem Boga
W tym królestwie jeden jest tylko Król.
 I Jemu niech będzie chwała!
Tak więc, bezużytecznym sługą jestem.
To największe powołanie
To największy zaszczyt.

sobota, 25 maja 2013

Gdy Bóg już nie wystarcza

Na brzegu mego łóżka
W zamkniętej przestrzeni
Siedzę i piszę poematy do mej duszy.
Próbuję wyrwać się rozpaczy
Walcząc na pięści ze smutkiem
Który przecież dla nikogo nic nie znaczy.
Dookoła słońce i muzyka
A mój świat chowa właśnie kolejnego trupa.
Umierają wizje, umierają poglądy
Próbuję poskładać to wszystko do kupy.
W głowie kręci się jedno pytanie:
Co zrobić, gdy Bóg już nie wystarcza?
Mam nadzieję, że nikt tego nie czyta
Przecież to jak herezja w ustach bezbożnika.
Nie będę karmić mego religijnego ducha
Który zresztą nie mieszka tylko we mnie.
Wszyscy zmagamy się z niewiarą
Lecz tylko nieliczni się tym chwalą.
A więc gdy Bóg już nie wystarcza
A potępienie swą zgryzotą mnie obarcza
Chwytam za pióro i piszę
To samo pytanie do Stwórcy kieruję.
Nie bedę nieskaziltelnej udawać
Ty przecież wiesz dobrze, z czym się zmagam.
Czarne myśli obracam w słowa
Choć nie brzmi to jak wzniosła mowa.
Siedząc tak i skrobiąc
Czuję ulgę z każdą strofą.
Czyżby me serce znalazło odpowiedź?
Bóg już nie wystarcza
Gdy Go zamknę w butelkę
Ograniczając Jego wgląd w me wnętrze.
To jest to, co robię!
Bóg jest w każdym mym zapisanym słowie.
Czas przestać Go mierzyć
Wkładać w butelkę i pilnować zakrętki.
Oby tylko nie zobaczył ciemnej strony mej istoty!
Obym tylko nie musiała spojrzeć Mu w oczy!
Gdy na brzegu mego łóżka
W zamkniętej przestrzeni
Siedzę i piszę poematy do mej duszy
On kieruje piórem w mojej ręce.
I tak tworzę me modlitwy
Do Boga, który ogarnia wszystko.

czwartek, 23 maja 2013

Opuszczony ogród


Tego ranka zaprosił mnie na spacer. Pomyślałam, że być może to coś ważnego. Nie miałam ochoty na zmiany, ale zgodziłam się. Zaskoczył mnie zabierając przed bramę jakiegoś opuszczonego ogrodu. Otoczony był ogromnym murem pokrytym suchym bluszczem. Nie domyśliłabym się, że to ogród, gdyby nie te wyłomy w murze. Powiedział, żebym zajrzała do środka.
To jakiś ogród, prawda? – zapytałam.
Tak, to był kiedyś piękny ogród – odpowiedział ze smutkiem.
Weszliśmy do środka. Brama była otwarta, choć musieliśmy się przepchnąć przez ogrom chwastów. Następnie wielka pajęczyna przykleiła mi się do twarzy.
- No ładnie! Po co mnie tu przyprowadziłeś? Tu nic nie ma. Wszystko jest zarośnięte.
- Poczekaj, najpierw chcę byś dobrze poznała to miejsce.
Był jakiś dziwnie poważny. Nie rozumiałam, po co mamy się przedzierać przez te gąszcze. Nic tylko kupa gruzu, wyschniętych roślin i wysokopnących się chwastów. Nawet drzewa wydawały się smutne, a ptaki jakby straciły głos.
- W tym ogrodzie nie ma życia. Czemu nikt o niego nie zadba? – zapytałam zdegustowana widokiem umierającej natury.
Spuścił wzrok i lekceważąc moje pytanie zaprowadził mnie w kierunku małej, drewnianej ławki.
- Jak tu przychodziłem, to zawsze tu siadałem i podziwiałem to cudowne miejsce. Tak, to był kiedyś piękny, malowniczy, pełen życia ogród. Drzewa wystukiwały rytmy, ptaki nuciły pieśni, kwiaty tańczyły. Wszystko tworzyło cudowną harmonię. Nigdy nie chciałem stąd odchodzić. To był zaszczyt przebywać w takim miejscu.
- Co się więc stało? –zapytałam.
- Pewnego dnia, gdy przyszedłem, brama była zamknięta. Później co raz częściej się to już zdarzało. Została zamknięta od środka.
- Nie mogłeś po prostu przeskoczyć przez mur?
- Nie. Przychodzę tam, gdzie pozwalają mi wejść.
- A teraz, jak widać, nikt tu nie przychodzi. Brama otwarta, mur się sypie, wszystko umarło i nawet powiem ci, że chyba coś tu gnije. Czujesz? Nie podoba mi się tu. Po co tu przyszliśmy? Możemy już iść? – nalegałam.
- Wybacz moją śmiałość, ale musiałem ci to pokazać. Inaczej byś nie zrozumiała. Ten ogród to twoje serce. Wiele lat temu pozwoliłaś mi do niego przyjść. To było miejsce, w którym uwielbiałem przebywać. Tak, jak ci powiedziałem, siadałem na tej ławce i wsłuchiwałem się w melodię, którą mi śpiewałaś. To była prosta piosenka, ale rozpływałem się przy niej. Wszystko tu kwitło, pachniało świeżością i pasją. Poznałem każdy zakamarek tego ogrodu, bo mi na to pozwalałaś. Byłem ci tak bliski, że specjalnie dla mnie zostawiałaś bramę otwartą. Dbałaś o ten ogród, bo wiedziałaś, że lubię się w nim przechadzać. Ah, jaka byłaś wtedy szczęśliwa! Tu przy tej ławce zawsze się spotykaliśmy. Opowiadałaś mi o tym, co cię cieszy, co smuci. Po prostu całe twe serce było mi oddane. Ale pewnego dnia, gdy się tu zjawiłem, brama była zamknięta. Nie chciałaś, bym przyszedł. Słyszałem twój płacz, czułem twój ból. Nawet wiem, kiedy byłaś na mnie zła. Przychodziłem codziennie, ale ty albo wpuszczałaś mnie na próg, albo w ogóle. Czasami rozmawiałaś ze mną przez mur, ale to już nie było to samo. Widziałem, jak małe lisy robiły otwory w murze i przedostawały się do środka. Nie rozumiałem dlaczego ich nie wyganiałaś. Później otwierałaś bramę innym osobom, ale nie mi. Zaczęłaś traktować mnie, jak znajomego. Z biegiem czasu twe serce stało się tym opuszczonym ogrodem, bez życia, bez blasku, beze mnie. Ten gnijący, nieprzyjemny zapach to twoje wnętrze, pełne bólu i rozczarowania. Nie mogę dłużej na to patrzeć. Czy pozwolisz mi odbudować nasz ogród?
Zaniemówiłam. Po policzkach spływały mi łzy. To prawda, ten ogród to moje serce, to ja. Uciekłam przed najbliższą mi osobą. A On cały czas na mnie czekał.
- Czy jest szansa, by ten ogród był tak piękny jak kiedyś? – zapytałam zawstydzona.
Wtedy On złapał mnie za rękę i zaprowadził do miejsca, gdzie stała nasza ławeczka. Usiedliśmy. Otarł moje łzy, przytulił i po chwili rzekł:
- Może być jeszcze piękniejszy, bo ja ożywiam to, co umarło.

sobota, 11 maja 2013

Ułaskawiona

Poniższy tekst jest moją własną interpretacją historii biblijnej o kobiecie cierpiącej na krwotok. Emocje tu opisane ''mogły'' być częścią tego, co czuła. Moim zamiarem jednak nie był opis jej uczuć, ale przedstawienie historii kobiety, o której Bóg nie zapomniał.


 Oddzielona od reszty świata, próbowałaś ukryć swą hańbę. Minęło już 12 lat odkąd  ta wstydliwa dolegliwość przykuła cię do łóżka. Choroba, z którą los cię związał odizolowała cię od innych.  Nawet rodzina przestała wierzyć, że mogłabyś być zdrowa.  Zaufałaś wielu lekarzom. Niestety było tylko gorzej. Oddałaś wszystko, co miałaś, zapłaciłaś każdą cenę i nikt nie był w stanie ci pomóc. Dwanaście lat samotności, odrzucenia, umierającej nadziei na cud, jak i również na bycie matką. Każda kropla krwi pozbawiała cię życia, okradała z energii i chęci, by wstać z łóżka. Zamknięta w czterech ścianach, nieczysta dla ludzkości, pogrążałaś się w coraz głębszej depresji.
Wtedy usłyszałaś o Nim. Mistrz, o którym było głośno w całej wsi. Każdego dnia wyglądałaś przez małe okienko w swojej sypialni, przysłuchując się wieściom o cudownym człowieku i Jego wielkiej mocy. Niektórzy wierzyli, ze był On wyczekiwanym Chrystusem, inni, że Eliaszem. Z każdą nowinką twoje serce drżało, rozbudzając na nowo nadzieję. Może to właśnie On będzie twym wybawcą? – pomyślałaś.  Mijały dni, a On wciąż się nie pojawiał. Być może za dużo oczekiwałaś.
Pewnego poranka obudził cię krzyk ludzi. Choć czułaś się wyjątkowo słabo, podeszłaś do okna i zobaczyłaś tłum ludzi biegnący w kierunku morza. Nie rozumiałaś o co chodzi, ale w sercu poczułaś, że to On. Wiedziałaś, że być może to twoja jedyna i ostatnia szansa. Przecież ludzie wiedzieli  o twojej chorobie. Ale w tym momencie, co pomyślą inni, przestało mieć znaczenie. I tak przecież byłaś martwa za życia. Wiara, która się w tobie zrodziła, była silniejsza niż strach. Nie miałaś czasu, by się umyć, czy też ładnie ubrać. Okrywając twarz chustą, wyszłaś z domu i wyruszyłaś za tłumem. Serce biło jak szalone. Przeczuwałaś, że nie będzie łatwo się do Niego dostać. Pomyślałaś: ‘’Jeśli się dotknę choćby szaty jego, będę uzdrowiona.’’ Wyciągnęłaś dłoń, z całej siły napierając, by móc złapać się skrawka jego szaty. W chwili, gdy tylko opuszki palców otarły się o nią, poczułaś, że zostałaś uzdrowiona. Wtedy Mistrz obrócił się i zapytał: ‘’Kto dotknął moich szat?” Wystraszyłaś się. Nie wiedziałaś, co teraz z tobą będzie. Ujawnić się, czy wycofać? W końcu i tak otrzymałaś to, czego szukałaś. Nie, nie mogłaś tak po prostu odejść. Oprócz przerażenia, czułaś ogromną ulgę i wdzięczność. Chciałaś poznać bliżej Tego, którego moc cię uwolniła. Z drżeniem upadłaś Mu do stóp i wyznałaś cała prawdę, kim byłaś i dlaczego się tu znalazłaś. Niektórzy spośród tłumu rozpoznali cię i byli oburzeni, że Mistrz zwrócił na ciebie uwagę. Niestety jeszcze dobrze Go nie poznali. Nie rozumieli, że przyszedł nadać nowe przymierze – przymierze miłości. Chwycił cię za rękę, pomógł wstać i rzekł: ‘’Córko, wiara twoja uzdrowiła  cię, idź w pokoju i bądź uleczona z dolegliwości twojej‘’. Nazwał cię córką, przyjął do Boskiej rodziny. Już nie byłaś więcej samotna i odrzucona. On usunął twoją hańbę. Wróciłaś do domu jako czysta i święta. Twój Mistrz cię ułaskawił.

czwartek, 9 maja 2013

Niewidzialna

Uczyń mnie niewidzialną
Gdy głodnemu podaję chleb
Uczyń mnie niewidzialną
Gdy na kolanach wzywam Cię
Uczyń mnie niewidzialną
Gdy w lustrze zwycięstwa przyglądam się
Nie pozwól liczyć mi uczynków miłosierdzia mego
Zatrzymaj mnie, zanim zbuduje sobie papierowy pomnik
Niewidzialna dla świata chwały
Chcę kochać, gdy nikt nie patrzy
Przy zgaszonym świetle
Śpiewać o miłości Twej
Bez nazwy, bez fleszy
Bez niekończących się biografi
Zapamiętana tylko przez niebo
Uczyń mnie niewidzialną
By w końcu świat mógł ujrzeć Ciebie.

sobota, 30 marca 2013

Oczy miłości

Tego dnia wzrok Boga zatrzymał się na mnie.
Na drzewie umierała miłość.
Piekło triumfowało.
Nie mogłam przejść obojętnie.
Te spojrzenie mnie obezwładniało.
Przenigdy nie widziałam tak pięknych oczu!
Bestialsko pobity
Ledwo mogłam zobaczyć Jego twarz.
Stałam tak wpatrzona w Niego
A On we mnie.
Po policzkach spływały mi łzy.
Wraz z każdą kroplą Jego krwi
Było ich więcej.
Powoli osuwałam się na ziemię.
Kim jest Ten, którego miłość ogarnia mnie bez reszty?
W jednej chwili jakby wszystko straciło sens.
Czas się zatrzymał.
Wtedy spojrzałeś w niebo i rzekłeś:
Wykonało się!
Ciemność okryła ziemię.
Miłość umarła na drzewie.
Twe oczy zasnęły
A ja wciąż szukałam ich blasku.
Zrozumiałam, że noc zgasiła ich żar.
Nie wiedziałam, co z sobą zrobić.
Obróciłam się, by pójść drogą, którą przyszłam.
Wtedy światłość ogarnęła ziemię.
Miłość zmartwychwstała.
Miłość żyje!
Jego ramiona, jak na krzyżu, otwarte szeroko
Gotowe, by dać wszystko.
A Jego oczy wciąż szukają moich...

wtorek, 5 marca 2013

Naucz mnie kochać Cię

Naucz mnie kochać Cię
jak Ty ukochałeś mnie.
Me serce  tak chwiejne jest
widzi Twą łaskę i wciąż zapomina.

Naucz mnie kochać Cię
jak Ty ukochałeś mnie
Bo dla Ciebie pragnę żyć
już nie swoimi, lecz Twoimi marzeniami śnić.

Weź mnie za rękę
i zaprowadź tam, gdzie nie chcę.
Rozkochaj mnie w sobie
a już nigdy nie zawrócę.

Naucz mnie kochać Cię
jak Ty ukochałeś mnie.
Wybacz, że nie rozumiem miłości Twej.
Kochasz mnie, choć nieustannie boję się.

Naucz mnie kochać Cię
jak Ty ukochałeś mnie.
Zaprowadź mnie pod Twój krzyż
gdzie już na zawsze usuniesz mój wstyd.

Weź mnie za rękę
i zaprowadź tam, gdzie nie chcę.
Rozkochaj mnie w sobie
a już nigdy nie zawrócę.

Chcę kochać aż na śmierć
i żyć kochając Cię.
Twoja miłość uwalnia mnie
Poddaję się,
poddaję się...

niedziela, 3 marca 2013

Droga

Wybrałam drogę inną niż planowałam.
Zrezygnowałam z tego, na co tak długo czekałam.
Pożegnałam się z bezpieczeństwem,
przywitałam z szaleństwem.
Strach szarpał mną na wszystkie strony.
Trzęsąca się dusza szukała ochrony.
Rozgrzane emocje wzbudzały wątpliwości.
Na myśl o wyprawie wzbierały się mdłości.
To nie takie łatwe porzucić swe schronienie.
Odłożyć na bok życiowe marzenie.
Ale wezwanie, które dostałam
pochodziło z serca Tego, którego kochałam.
Nie mogłabym zapomnieć Jego snów.
Nie śmiałabym wyrzec się świetych słów.
Zdecydowałam się na podróż w nieznane.
Z niewielką torbą wyruszyłam w niezbadane.
Droga kolcami usłana.
Łzami słabości zraszana.
Tam nie będzie podziwu i ludzkiej chwały.
Przemierzając ją zrozumiesz, że jesteś bardzo mały.
Niezbędna się okaże łaska Odwiecznego.
Jedyną twą ostoją będzie miłość Wszechmocnego.
Przez dolinę śmierci przejdziesz z podniesioną głową.
Pokonasz strach i sprzeciwisz się oskarżyciela słowom.
Gdy zbliżysz się do końca otchłani ciemności,
ujrzysz blask Jego chwały w pełnej okazałości.
Otrzymasz skarby zapisane w wieczności,
wieniec za wytrwałość w próbach i miłości.
Otworzą się przed tobą drzwi możliwości
i zapomnisz o bólu i samotności.
Sny porzucone spełnią się obficie.
Osiągniesz to, o czym marzyłeś całe życie.

Tak więc biegnę i nie oglądam się wstecz, jak żona Lota.
Bo to, co przede mną, więcej warte niż pałace ze złota.

sobota, 9 lutego 2013

Blask odrzuconego piękna

Płacz nowego stoworzenia usłyszała wieczność. To nie był żałosny szloch, to była melodia zwycięstwa życia nad śmiercią. Nikt nie przysłuchuje się tak dobrze temu dźwiękowi, jak On. On znał cenę, znał ból. Widział przyszłość i była ona piękna.
Nie do końca...Nie o takiej historii marzyłaś. To, kim się stałaś, nie przypominało doskonałego planu. Umiejscowiono cię w domu, którego się wstydziłaś, z ludźmi, których zarówno kochałaś, jak i nienawidziłaś. Wszczepiono cię w drzewo genealogiczne, od którego nie mogłaś uciec. Zerwane przymierza, samotność  i ubóstwo, opisywały smutne twarze członków klanu. A teraz przyglądasz się swojej. Jaka będziesz? Nie widzisz powodu, dla którego miałabyś być inna. Przeznaczenie ściga przeznaczenie. Bezbronna, poddajesz się chirurgii swego serca. Pokroili cię ci, którzy mieli kochać i chronić. Jedni odeszli bez słowa, drudzy przychodzili, by szydzić. Nie rozumiałaś, dlaczego cię odpychają. Jakby po prostu nienawidzono cię za to, że jesteś. Pozwoliłaś, by pogarda wytatuowała sobie swoje imię na twoim czole. Złapana w pułapkę, szukałaś lepszego świata. Zamknęłaś się w swojej wyobraźni, gdzie miłość triumfowała. Zapisywałaś kolejne strony, historie o pięknych ludziach. Nie takich, jak ty. Przecież...Próbowałaś nawet stworzyć lepszą siebie. Obiecałaś sobie, że jeszcze im udowodnisz, że jesteś czegoś warta. Ale jak tylko pojawiali się, krzycząc pod twym oknem, przerażona chowałaś się pod kołdrę, pokornie zgadzając się ze słowami rozbrzmiewającymi w twoich uszach. Przestrzeń, do której biegłaś, by się skryć, już nie była wystarczająca. Wyobraźnia nie zapewniła ci schronienia. I tam cię znaleźli. Porzuciłaś papier i pióro. I od tamtej pory już zawsze uciekałaś.
Wyruszyłaś w świat. Znalazłaś wiele dróg. Urosłaś, dokonałaś pewnych zmian. Oby tylko inni to zauważyli! Oby ktoś cię docenił! Zbierałaś pochwały za ciężka pracę. Wydawałoby się, że dokonujesz wielkich przełomów w swym przeznaczeniu. Niestety. To nie byłaś ty. W środku wciąż byłaś tą samą, wzgardzoną istotą. Nie mogłaś kochać, nie czując się kochana. Nie mogłaś niczego osiągnąć, bo nie robiłaś tego, do czego zostałaś stworzona. Ta mała, porzucona dziewczynka, wciąż za tobą biegła. Uciekałaś, ale ona nie dawała ci spokoju. Nieustannie ciągła cię za rękę próbując przyprowadzić do miejsca, które przed laty opuściłaś. Ta dziewczynka nie chciała być sama. Pragnęła, by ktoś nieustannie się nią zajmował, przytulał, śpiewał piosenki na dobranoc. Wysysała z ciebie całą energię. Resztkami sił biegłaś do przodu, ale w końcu nie dałaś rady. Upadłaś. Gdy otworzyłaś oczy, jakby po długim śnie,  zobaczyłaś Jego. Stał obok wpatrzony w ciebie. Uśmiechał się. Podał ci dłoń i pomógł wstać. Zabrał cię z powrotem drogą, którą przyszłaś. Tak bardzo nie chciałaś tam wracać. Każdy krok wzbudzał wspomnienia, które powinny być zakazane. Ale On spokojnie cię prowadził. Jego łagodność ukajała ból, który wzmagał się z każdym kilometrem. Jego oczy świeciły miłością. Wtedy po raz pierwszy poczułaś się kochana. W drodze powiedział ci, kim jesteś. Wiedziałaś, że mówił prawdę. Jego słowa dawały nadzieję i przywracały godność. Gdy dotarliście do miejsca, które już dawno nazwałaś przeklętym, zaprowadził cię do ludzi, którym zabrakło odwagi, by cię kochać. Położył twoją rękę na ich sercu i powiedział: '' Teraz ty będziesz ich kochać''. Z początku byłaś oburzona, że musisz zbliżyć się do tych, którzy nawet nie chcieli na ciebie patrzeć. Ale ostatecznie poddałaś się miłości. Potem usunął pogardę wyrytą na twoim czole. W jednej chwili poczułaś, że już nie musisz się wstydzić tego, jaka jesteś. Na koniec zaprowadził cię do tajemniczego pokoju. Tak, znałaś to miejsce. To twoja wyobraźnia. Miejsce, w którym czułaś się szczęśliwa. Wciąż leżały tam porozrzucane kartki papieru. On pozbierał je wszystkie i wraz z piórem i atramentem włożył w twoje ręce. Nie musiał nic mówić . Wiedziałaś, że to miejsce już na zawsze będzie twoje. I wtedy zostawił cię samą. Ale ty już nie miałaś wątpliwości, którą drogą pójść. Wydobył z ciebie piękno, które zbyt długo było odrzucane.
Czy teraz słyszysz melodię zwycięstwa życia nad śmiercią?

poniedziałek, 4 lutego 2013

Uśmiechasz się, to mi wystarczy

Twe oczy przenikają tajemnice
Spoglądasz na mnie w ukryciu
Tam, gdzie nikt nie patrzy
Pojawiłeś się Ty i odnalazłeś mnie
Twa odwieczna ręka
przegląda każda stronę mego serca
Bez pośpiechu
Bez osądu
Odkrywasz każdą warstwę
Obierasz z nieśmiałości
Odkurzasz zakamarki
nieznane dla ludzkości
Nie wstydzisz się tego, co widzisz
Nie gardzisz
Uśmiechasz się, to mi wystarczy.