Nad grobem swej młodości
Stoisz z kamienną
twarzą
Zwróconą ku niczemu.
Pochowałeś swe
złudzenia
Szaleństwa i
beztroskę.
Próbujesz ukryć smutek
Bo to głupie rozczulać
się
Nad własną
naiwnością.
Czekasz tylko, aż
rozejdą się ci,
Dla których twój ból
nic nie znaczy.
Klepią cię po
ramieniu
Choć wcale nie jest
im przykro.
Dla nich to błahostka
Nie jeden
przecież
Musiał pożegnać się z
marzeniami
Pogrzebać zbyt
wzniosłe życzenia.
Czas dorosnąć
Zacząć myśleć
Narzekać
I wątpić, a nie wierzyć!
Bo wiara to
młodzieńców skaza
Ten, kto mędrcem
dojrzałości się stał
Wie, że za rogiem
czai się porażka.
Okrutna i
niewdzięczna to rzecz
Że przekleństwem
życia
Jest jego
błogosławieństwo.
Zbadali i poznali
Że lepiej chcieć
tylko to,
Co dziś możliwe jest.
W końcu zostałeś sam.
Skulony, na
cmentarnej ławce
Pozwalasz, by łzy
słabości popłynęły.
To nie jest gorzka
woda
Nie czas, by żegnać
się na wieki.
Ty wiedziałeś, że
jest moc
Która sięga ponad
grób.
Resztkami sił starasz
się ufać.
Ból nie zatruł twego
serca
Serca młodzieńca,
Dla którego
bajki są prawdziwe
Gdzie szaleńcy
potrząsają światem
A zastępy nieba im
dopingują.
Zwróciłeś się ku
życiu
Które nigdy się nie kończy
Czekałeś tam wiernie
Bo wiedziałeś, że
ziemia poruszy się
A kamienne płyty
pozwolą słońcu
Otulić je nadziei
tchnieniem
I rozświetlić drogę
ku przeznaczeniu,
Ku pragnieniu, które
nie umarło
Lecz na chwilę
zasnęło.
Bo twój Bóg to
studnia
Boga Żywego, który
widzi.
W Nim nie kończy się
to
Co jeszcze się nie
zaczęło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz