W błękitnej,
aksamitnej sukni i z włosami spiętymi do góry, stałaś tam obok uroczego pana –
mężczyzny twego życia. Przed człowiekiem, któremu dane zostało prawo
przypieczętowania na wiecznym papierze waszych
ślubów, wypowiedziałaś od zawsze powtarzane słowa, z całą powagą i pewnością,
że to najlepsza droga. Dostałaś to, na co ciężko pracowałaś. Przez lata nie
byłaś godna męskiego spojrzenia. Walczyłaś ze swoim ciałem, a jeszcze bardziej
z lodówką. W końcu wzięłaś się za siebie, choć nikt cię do tego nie zmusił.
Celem twoich rodziców była tylko ciężka praca, w domu oczywiście, bo tam jest
miejsce kobiety. Nie miałaś szans wzbić się ponad ogrodzenie swego mieszkania.
Ryzykowałaś życie wymykając się nocami na przyjęcia, gdzie mogłaś choć przez
chwilę nacieszyć się widokiem płci przeciwnej. Często kończyło się to pręgami
na całym ciele. Ale się nie poddałaś. Toczyłaś nieustanną wojnę z jedzeniem, waga
skakała jak szalona. W końcu udało ci się osiągnąć idealną sylwetkę.
Po pewnym czasie
jedna z tych nocnych eskapad przyniosła owoc i to chyba dość trwały. I tak o to
tu w Urzędzie Miasta, zawierasz związek małżeński z miłością twego życia.
Oczywiście nie zabrakło ceremonii kościelnej. To bardzo ważne dla tak
bogobojnej kobiety jak ty, a jeszcze bardziej dla twojej rodziny. Wiedziałaś,
że nie jest to jakaś tam ideologia, bądź pobożne życzenie. Wierzyłaś w każde
słowo, które wypowiedział, a co do swoich nie miałaś żadnych wątpliwości.
Szczęście ogarnęło wszystkich. Córka za mąż wydana. W dobre ręce oddana.
Państwo młodzi zamieszkają na farmie u jej rodziców i razem będą tworzyć
wspaniałą rodzinę. Ale najpierw huczna impreza, pieczona świnia, wódka i tańce.
To właśnie tam po raz pierwszy zauważyłaś, że jego oczy nie szukają już twoich.
Przez chwilę miałaś wrażenie, że być może jest niezadowolony z czegoś na
przyjęciu. Nie, jego oblicze naprawdę się zmieniło. Nie miał ochoty ani
tańczyć, ani żartować. Jego gniewne spojrzenie unikało twojego. Był opryskliwy
i jakże niedostępny. Nie wiedziałaś, co z tym zrobić. Zawsze byłaś nieśmiała,
nigdy nie zaczynałaś pierwsza rozmowy, nie przy ludziach. Niewątpliwie coś
wisiało w powietrzu. A on tylko pił i pił…
Tej nocy zamknięta
na poddaszu pokoju wynajętego przez rodzinę nowożeńców, siedziałaś sama, a twe
czarne łzy padały prosto na twą błękitną suknie. Co chwilę zerkałaś w okno,
wypatrując tego, który powinien tu być. Trzęsłaś się z przerażenia. O 4 nad
ranem połknęłaś kilka tabletek i zasnęłaś. Choć kilka godzin później jego
chwiejne kroki słychać było już z daleka, nie mogłaś wydostać się z długiego i
jakże ciężkiego snu. Otworzyłaś oczy przed południem, znowu sama. Wiedziałaś,
że tu był, czułaś jego zapach. Kilka dni później wszystko było jasne. W dzień
ślubu odkrył, że wcale nie jesteś tak bogata, jak myślał. To popsuło jego
plany, jego ‘’miłość’’. Kilka miesięcy później podpisaliście kolejny dokument,
tym razem nie tak doskonały w oczach kościoła. W małej komunistycznej wsi
wieści rozeszły się bardzo szybko. Wstyd i pogarda ciążyły niczym klątwa nad
waszym domem. Ze złamanym sercem
najlepiej pójść do domu Bożego, poradzić się tych, co Boga znają
najlepiej – pomyślałaś. Niestety ludzie Tego z góry zarządzili, że tego typu
grzech (rozwód oczywiście)jest zbyt ciężki i dlatego już nie będziesz mogła
mieć społeczności z Jezusem w komunii świętej. Spowiedź nic nie pomoże, droga
od konfesjonału do ołtarza jest nie do pokonania. Najwyraźniej taka wola nieba.
Uwierzyłaś w to, że Bóg nie chce mieć nic do czynienia z rozwodnikami. Pewnie
zrobiłaś coś nie tak, skoro już w noc poślubną twój mąż wybrał łoże innej. Z
winą i potępieniem opuściłaś święte, przepełnione chłodem mury. Przez kolejne
lata już tam nie zaglądałaś.
Powróciłaś do
swej zagrody, pogodziłaś się z lodówką, z kpinami ojca i obojętnością matki. W
dzień pracowałaś, nocami szlochałaś. Nie było nikogo, kto by chciał otrzeć
twoje łzy.
Nie minęły dwa
lata i na twej drodze pojawił się inny młodzieniec. Dopiero co wrócił z wojska,
wysoki, zabawny i pewny siebie. Od razu cię oczarował. Ty nie musiałaś nic
mówić, on robił to za ciebie. Zapowiadał się idealny związek. Śpiewał ci
wymyślone przez niego piosenki, a jego wygłupy i aktorski wdzięk szybko został
zauważony i zaakceptowany przez twoich rodziców. A w dodatku nie pijący.
Zakochana znów wypowiedziałaś: TAK. Wiedziałaś, że Bóg się na to nie godzi, ale
tym razem tobie nie przeszkadzało, że ksiądz się nie zjawi na
uroczystości. Rodzice trochę ubolewali,
ale woleli wydać cię za mąż i doczekać się wnuków.
Dzień ślubu.
Kolejny cudowny moment, kolejne rozczarowanie. Nie mogłaś uwierzyć własnym
oczom. Twój abstynent popijał kieliszek za kieliszkiem. Od tej pory już się z
nim nie rozstawał. Po jakimś czasie na świat przyszła ona, twoja córka. Ania
miała być lekiem na całe zło. Gdy on melanżował do białego rana, ty zanurzałaś
się w miłości do najcudowniejszej istoty na tej ziemi. Jej zapach i ciepło
leczyły twoje rozbite serce, ukajały ból, od którego nie potrafiłaś uciec. Mijały
miesiące, a w domu było co raz gorzej, krzyki, awantury, rozbite kryształy i
rozwalone meble. Któregoś dnia, pijany na umór poszedł do pokoju, gdzie spała
Ania. Usłyszałaś jej płacz i szybko pobiegłaś. Przeczuwałaś najgorsze. Wziął ją na ręce i na twoich oczach próbował rzucić na ziemię, ale w ostatniej chwili
udało ci się ją złapać. Do akcji wkroczył twój ojciec. Przyjechała policja i
pozamiatała. A ty siedziałaś tam skulona, przytulając twój największy skarb.
Trzęsłaś się i płakałaś razem z nią.
Następnego dnia wyrzuciłaś wszystkie jego rzeczy i zmieniłaś zamek.
Kilka miesięcy później podpisałaś kolejne papiery. Dwukrotnie rozwiedziona,
dwukrotnie potępiona. Mówią, że rana dwa razy zadana w to samo miejsce, czyni
je silniejszym. Ale czy jest cokolwiek,
co może odrodzić utraconą wiarę, nadzieje na prawdziwy związek, którego więzów
nic nie będzie w stanie rozerwać? Jedno jest pewne, miałaś Anię, twoją nową
miłość. Ona cię nie zdradzi, nie oszuka – tak myślałaś. Jej niewinność i
czystość ukajały twoją utrudzoną duszę.
Mijały lata. Ania
wyrosła na piękną młodą kobietę. Była twoim wszystkim. Walczyłaś o nią, gdy
była chora, pracowałaś ciężko, by dać jej same najlepsze rzeczy. Byłaś dumna z
siebie, bo dokonałaś tego sama, choć nie było łatwo. Często sporo brakowało do
doskonałego życia, ale kochałaś ją, a ona ciebie. Widziałaś w niej wszystko to,
czym chciałaś być. A może sprawiłaś, by była taka, jaką pragnęłaś, by była….
Gdy skończyła 18
lat zdecydowała, że wybiera się w podróż po świecie, idąc swoją własną drogą.
Nie mogłaś pojąć, dlaczego tak szybko chce opuścić rodzinne gniazdko. Później
dowiedziałaś się o jej o nowych marzeniach. Nigdy ci o nich nie mówiła. Miała
nowych przyjaciół, a nawet rodzinę. Rzadko się widywałyście. Wydzwaniałaś
ciągle męcząc ją pytaniami i swymi troskami. Uspokajała cię, mówiąc, że jest
szczęśliwa. Anna była twoim całym życiem, twoim marzeniem, szczęściem i ostoją.
Teraz to wszystko zostało ci zabrane. Zostałaś sama i nie wiedziałaś, czego się
uchwycić. Próbowałaś zmusić ją do powrotu wszelkimi możliwymi sposobami. Na
próżno. I znów siedziałaś sama w swym
pokoju. Znów szukałaś czyjegoś ciepła. Tęskniłaś za bliskością drugiego
człowieka, kogoś, kogo mogłabyś kochać całym sercem, kogoś, kto nigdy nie
odchodzi.
Zbliżało się Boże
Narodzenie. Anna tym razem nie mogła spędzić go z tobą. Zapowiadało się samotne
świętowanie. Któregoś wieczora, jak wracałaś z zakupów, zasłabłaś i usiadłaś na
ławce niedaleko kościoła. Nie miałaś sił dalej nieść tych torb. Rozpłakałaś się
jak dziecko. Zrozumiałaś, że znów nakupowałaś rzeczy tak, jakby ona miała
przyjechać. Siedziałaś tam przez kilka minut, zaczął prószyć delikatny śnieżek.
Jego płatki rozpływały się ze łzami na twej twarzy. Wtedy spojrzałaś na małą
stajenkę stojącą w pobliżu. Z kościoła właśnie wydobyła się melodia dobrze
znanej ci pieśni. Stałaś tam wpatrując się w maleńkiego Jezusa. Zamknęłaś oczy
i wsłuchiwałaś się w muzykę. Miałaś wrażenie, że burza cichnie, a twe serce uspokaja
się. Wtedy pomodliłaś się po raz pierwszy od 20lat. Zapomniałaś wszystkie znane
ci pacierze. Po prostu pozwoliłaś słowom płynąć. Nie gniewał się. Teraz byłaś
tego pewna. Tak bardzo tęskniłaś za tym miejscem, za muzyką z nieba, wiarą w
cuda i Bogiem, który cię słucha. Nigdy jednak nie czułaś takiego pokoju. Tak,
jakby nie było tych wszystkich lat rozłąk i bólu. Miałaś wrażenie, że czas się zatrzymał:
Mała dziewczynka biegnie z radością do kościoła, czyste, niewinne dziecko, bez
brudu i nędzy tego świata. Zanim jego
ludzie nie zniszczyli ziarna wiary zasadzonego już w wieczności, zanim ktoś
zechciał, byś się zjawiła, zanim wydałaś pierwszy dźwięk, zanim rozczarowałaś
tych, którzy powinni kochać bez względu na wszystko, właśnie wtedy to spotkanie
miało miejsce. Dlatego czujesz taką ulgę, bo na nowo zbliżasz się do doskonałości,
do miejsca skąd przyszłaś, do serca Tego, który marzył o tym, abyś była.
Czyste niewinne
dziecko, bez brudu i nędzy tego świata zrodziło się w tobie. Miłość, która nie
opuści, nie zdradzi…dziecko szczęścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz