o to moj pierwszy list do serca:)
Ten dzień był dla mnie wyjątkowo trudny. Nie dość, że zbliżało się święto Paschy, to akurat teraz arcykapłani żydowscy musieli przyprowadzić do mnie tego człowieka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo co roku o tej porze wypuszczam im jednego więźnia, ale w tym przypadku ogarnęła mnie jakaś dziwna trwoga. Co nie co już o nim słyszałem, o jego niezwykłej mowie i o cudach, które czynił. Chciałem, by Żydzi sami go osądzili zgodnie ze swoim prawem. Niestety przynaglano mnie, bym to ja wykonał wyrok. Spojrzałem na niego i zapytałem czy jest królem żydowskim. Nie dał mi jasnej odpowiedzi, i co najdziwniejsze nie próbował się bronić. Tak, jakby wiedział, co go czeka. Zwróciłem się ponownie z zapytaniem, czy jest królem. Tym razem zaczął mi coś mówić o prawdzie. Zapytałem go więc, czym jest prawda. Wtedy podniósł swój wzrok i spojrzał mi głęboko w oczy. Miałem wrażenie, że dotknąłem jakiejś tajemniczej mocy, która nie pozwoliła mi więcej otworzyć ust. Przez chwilę stałem jak wryty. Nie mogłem go osądzić. A co jeśli wydaje wyrok na kogoś potężniejszego ode mnie, kogoś znaczniejszego i bardziej wzniosłego od Rzymu? A co jeśli to… Bóg?
Nie mogłem dłużej tak stać. Zawołałem Żydów i powiedziałem, że nie widzę w nim nic złego. Odesłałem go do Heroda i wyszedłem. Chciałem jak najszybciej uciec i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. To tak, jakbym się spotkał z wszechmocą, która mnie wręcz ogarnęła. Nie mogłem sobie pozwolić na taką słabość. Miałem nadzieję, że zostawią mnie już w spokoju. Niestety wrócili. Nie miałem wyjścia musiałem coś z tym zrobić. To był czas wypuszczenia jednego z więźniów. Postawiłem obok niego Barabasza. Myślałem, że wybiorą tego Hebrajczyka. Jednomyślnie zdecydowali się na Barabasza. Co miałem zrobić? Lud napierał. Wszyscy oczekiwali, bym w końcu wydał wyrok. Wtedy podeszła do mnie moja żona, prosząc mnie, bym zostawił tego człowieka w spokoju, bo on ją nawiedza w snach. Serce zabiło mi z przerażenia. I co teraz? Jeśli go nie osądzę, to co powiedzą ludzie? Co się stanie z moją władzą? Z szacunkiem, jakim mnie darzą? Nie mogę się na to zgodzić. Nie teraz, kiedy osiągnąłem już tak wiele. Toczyłem walkę wewnątrz siebie, a Żydzi co raz bardziej napierali. Jak bardzo go nienawidzili. Co on im takiego zrobił? Musiałem się zdecydować, jeszcze zobaczyliby moją niepewność. Wtedy ponownie spojrzał mi w oczy. I znów ta niemoc, niczym wszechogarniający paraliż. Miałem wrażenie, że trwa to wieczność. A w mych uszach rozbrzmiewał krzyk rozwścieczonego tłumu: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! Napięcie rosło. A gdy nazwali mnie nieprzyjacielem cesarza, nie wytrzymałem. Usiadłem na tronie sędziowskim, zwanym Kamiennym Brukiem i skazałem go na śmierć. Miałem nadzieję, że to koniec, że już go więcej nie zobaczę. Ale on powracał ciągle w moich snach. Nie mogłem zapomnieć o tym spotkaniu, o spojrzeniu, które zabierało mi siłę. Każdej nocy przychodził i znów tak samo na mnie patrzył. Pytałem, czego od mnie chce, by zostawił mnie w spokoju. Milczał. Skazałem na śmierć tysiące osób i nigdy nie miałem wyrzutów sumienia. Teraz poczucie winy wracało niczym koszmar. Gdy nadchodziła noc, wiedziałem co mnie czeka, że znów zetknę się z potęgą, że dotknę się prawdy, która przeszywa niczym miecz, prawdy, którą odrzuciłem ze strachu przed człowiekiem, przed utratą reputacji. Prawdy, przed którą nie da się uciec.
Ja Piłat, tamtego dnia zabiłem Boga. Wybrałem poczucie godności opartej na ludzkiej aprobacie, choć prawda szarpała mi serce. Pozwoliłem sobie zasiąść na tronie, znieczulić moje serce i sprawić, by stało się niczym kamienny bruk.
Zastanów się, czy ty dzisiaj nie zasiadasz na kamiennym tronie osądzając Tego, który jest PRAWDĄ.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz