sobota, 3 grudnia 2011

Idąc ulicą spotkałam siebie

Dziś chciałam się podzielić króciutką historią z życia wziętą...jak poznałam Tego, który pozwolił mi odkryć samą siebie.

„Nie potrafię mieć nadziei” - powiedziała podczas naszego pierwszego spotkania – bo trudno jest uwierzyć w to, czego nie widzisz”. Poznałam ją kilka lat temu – mała dziewczynka na chwiejnych nóżkach. Była zła na cały świat, na niesprawiedliwość, która panoszyła się tu i tam, na ciągły brak, którego nie można niczym wypełnić i na ojca, który stchórzył, bo zapomniał kim jest. Wiedziałam, że bardzo ją boli, choć bała się pokazać słabość. Czekała na kolejną operację. Opowiadała mi o zmaganiach z chorobami, o trudnym dzieciństwie i o tym jak bardzo nienawidzi siebie.
Potem spotkałam ją znów, kilka razy, ciągnęła nogę za sobą. Widziałam też łzy w jej oczach, choć były suche. Jakiś czas później zobaczyłam ją na kolanach, zwróconą ku niebu. Od tamtej pory dość często ją tak widywałam. Nie miałam jednak odwagi podejść i zapytać, dlaczego klęczy. Chyba nie chciałam tego usłyszeć. Czy człowiek może znaleźć siłę w niewidzialnej nadziei, tam w górze?
Dostałam odpowiedź, gdy kilka lat później spotkałyśmy się twarzą w twarz. Wciąż była małą dziewczynką. Mówiła dużo o nadziei, tą, w którą tak trudno uwierzyć. Spotkała się z nią właśnie wtedy, gdy tak klęczała. Tak myślałam, człowiek nie jest w stanie poznać siebie bez Tego, który Go stworzył. Ta niewidzialna nadzieja przychodzi wtedy, gdy wielkie dziecko przestaje się okłamywać i w końcu widzi, że jest małe. Odetchnęłam z ulgą, bo zrozumiałam, że to ja jestem tą małą dziewczynką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz