poniedziałek, 12 grudnia 2011

Gdy niebo dotyka ziemi

Hola! Dzis podzielę się nieco dłuższą historią, która nie jest autentyczna, ale chyba można znaleźć coś w niej prawdziwego. Tak mnie jakoś wzięło na klimaty związane z marzeniami...


Starsza Pani:  Jak się pojawiła w moim domu z małym dzieckiem na rękach, od razu wiedziałam, że mam pozwolić jej zostać.  Wtedy nie potrafiłam tego zrozumieć. Dziś wiem, że potrzebowałyśmy się nawzajem. Myślałam, że szukam jedynie dziewczyny do pomocy, w tamtym czasie nie dawałam już sobie ze wszystkim rady. Jednak w głębi duszy potrzebowałam towarzyszki od serca.  Starość to nie najlepszy moment na samotność. Jeśli zasłużysz to może uda ci się przeżyć ten etap życia nie wiedząc, że już naszedł. A to jest dane tylko nielicznym. Ci, którzy obrali drogę serca zawsze będą mieli kogoś przy sobie w tych dniach. To, o co walczyli pozostanie przy nich, choćby to była tylko satysfakcja z wypełnionej misji.  Ja niestety dobrze wiem, kiedy starość zawitała do mojego życia. Pojawiła się nagle, bez uprzedzenia, wraz z uczuciem porażki, które przez te wszystkie lata próbowałam schować, gdzieś głęboko w jednej z szuflad mojego serca. I wtedy zjawiła się ona. Nie wiem, kto kogo bardziej potrzebował. Ja szukałam kogoś do pomocy, ona dachu nad głową i pracy. Obie znalazłyśmy coś, o czym wiedziały tylko nasze serca. Dziewczyna, o której wam mówię ma na imię Hania, lat 22. Od początku wiedziałam, że nie mówi mi całej prawdy o sobie. Nie chciałam dopytywać się o jej stan ducha. Nie byłam też pewna, czy mogę jej zaufać. Jak się później okazało, była bardzo delikatną, szczerą dziewczyną, choć nieco zagubioną. Dbała o mnie i o mieszkanie, nie miałam powodów do narzekania. Dopytywała mnie dość często, czy robi wszystko tak, jak należy. Bała się stracić pracę. Później dowiedziałam się, że gdyby nie mój dom, mieszkałaby na ulicy. Dziewczyna o której wam opowiadam, została pozbawiona  wszystkiego, co miała. Tak uważam, bo gdy ktoś kradnie twoje marzenie, to nie posiadasz już nic więcej, co mógłbyś mieć i co mógłbyś stracić. Urodziła się w dobrej rodzinie, jako jedyne dziecko państwa Markowskich. Pani Markowska była dentystką, pan Markowski szanowanym profesorem fizyki. Hania była szczęśliwym dzieckiem. Fascynowała ją muzyka, dlatego rodzice widząc jej zdolności, wysłali córkę na naukę gry na pianinie. Okazała się znakomitą uczennicą. Muzyka sprawiała jej ogromną radość, dlatego większość swojego dnia spędzała przy pianinie. Dla dzieci w jej wieku było to rzeczą niespotykaną.

 Gdy Hania skończyła 11 lat u jej mamy wykryto nowotwór. W ciągu roku zmarła. Pan Markowski nie mógł poradzić sobie z utratą żony i zaczął pić. Pił tak dużo, że stracił pracę i sprzedawał rzeczy, by móc kupować alkohol. Któregoś dnia, gdy Hania wróciła ze szkoły zobaczyła, że nie ma jej pianina. Chciała zapytać  tatę, co się stało z jej instrumentem. Niestety zamiast odpowiedzi znalazła nieprzytomnego ojca leżącego na ziemi. Kilka miesięcy później zabrano mu prawa rodzicielskie i Hania w wieku 13 lat musiała przenieść się do ośrodka dla młodzieży, by pozostać tam przez kolejne 6 lat. Gdy stamtąd wyszła nie była już tą sama osobą. Przede wszystkim nie opuściła tego miejsca sama. Tego dnia z małą Julią w brzuszku przeniosła się do starego i zniszczonego mieszkania, które otrzymała. Nie radziła sobie ani z dzieckiem ani z nowym samotnym życiem. Szybko u jej boku znalazł się młodzieniec, który miał być lekarstwem na całe zło. Zapomniałam dodać, że ojca Julii widziała tylko raz i od tamtej pory nie miała nawet szansy powiadomić go, że ma córkę. Tak więc, ten o to młodzieniec był chwilowym rozwiązaniem wszystkich problemów Hani. Jak się okazało nie na długo. Potem pojawił się następny, który nie szanował ani jej ani Julii. To przez niego i swoją głupotę straciła mieszkanie i tak od domu samotnej matki zawędrowała prosto do mnie. Mimo bólu, którego doznała nie była niedostępną osobą, po prostu chroniła za wszelką cenę prawdę o sobie. Powiedziała mi, że stara się żyć jednym dniem, bo myślenie o przeszłości za bardzo ją boli, a przyszłość wydaje się zbyt odległa, zbyt nierealna. Choć nie mówiła dużo, zawsze czułam, że w jej sercu jest tak wiele do dania, do odkrycia. Nie myliłam się. Któregoś dnia wybrałyśmy się razem na koncert bożonarodzeniowy. To był występ różnych wykonawców.  Jednak nic nie wzbudziło jej takiego zainteresowania, jak utwór wykonany na pianinie. Wtedy Hania jakby zamarła. Nawet nie czuła, że ścisnęła mocniej moją rękę. Wpatrzona w wykonawcę, w jej oczach pojawiły się łzy. Jeszcze wtedy nie znałam jej historii, ale wiedziałam, że mam do czynienia z czymś naprawdę głębokim. Po występie od razu chciała iść do domu. Tego wieczoru już nic więcej nie powiedziała. Choć nie byłam pewna tego, co się wtedy wydarzyło, postanowiłam opowiedzieć jej moją historię…



Hania: Czasami  zastanawiam się, czy Starsza Pani, to nie był sam Bóg, którego spotkałam na mojej drodze, by móc odzyskać szczęście.  Jeśli tak, to jak często mijałam go w życiu? Czy był ze mną, gdy umarła moja mama, i jak zabrali mnie od ojca? Czy to on pomógł mi przetrwać te 6 lat w ośrodku? I czy to on nie pozwolił mi zabić Julii, zanim jeszcze zobaczyłam jej słodką twarz? W oczach Starszej Pani było coś niesamowicie wzniosłego. Tam znalazłam dach nad głową, jedzenie, bezpieczne miejsce dla Julii. Tam odzyskałam to, co straciłam – moje marzenie. Wyparłam je z mojej głowy, tak było łatwiej żyć. Możesz nakazać rozsądkowi, by robił to, co jest wygodniejsze dla ciebie dzisiaj, ale nie możesz zmusić serca, by zapomniało. Tamtego wieczoru miałyśmy tylko przejść się na koncert świąteczny. Niestety wydarzyło się coś, co na nowo obudziło w moim sercu tęsknotę.  Kilka dni później Starsza Pani włączyła mi dvd z jakimś przedstawieniem teatralnym sprzed 60 lat. Nie za bardzo rozumiałam, co próbuje mi przekazać. Widziałam, że cały ten spektakl wzbudzał  w niej mnóstwo emocji. Zaraz po tym opowiedziała mi swoją historię. Jako nastolatka grała w teatrach amatorskich. Aktorstwo było jej pasją. Jeździła po całej Polsce. Marzyła, by dostać się do szkoły teatralnej. Ponieważ jej talent został zauważony, miała ogromne szanse na upragnione studia. Niestety jej plany nie podobały się  rodzicom. Chcieli by podjęła studia, które pomogą jej przejąć rodzinny interes i dadzą pewną przyszłość. Zawsze była dobrą córką i zależało jej, by wszystko, co robi przynosiło radość jej rodzicom. Aktorstwem jednak nie byli zachwyceni. Zaczęła przygotowywać się do egzaminu do szkoły w tajemnicy przed nimi. Kilka dni przed egzaminem rodzice odkryli jej sekret. Namawiali ją do zmiany decyzji, użyli wszelkich możliwych sposobów, by przekonać ją, że się myli. I udało im się. Poczucie zawiedzenia rodziców było silniejsze niż pragnienie. Tak wtedy myślała. Zrezygnowała z tego, co kochała, by robić to, co zadowoli innych. Niestety pragnienie okazało się silniejsze i przez te wszystkie lata nie dawało jej spokoju. Starsza Pani straciła swoją szansę i dlatego szybko odkryła, że ja też przed czymś uciekam. Nie mogła pozwolić, bym cierpiała tak, jak ona. Jej pozostał tylko ten film i  pustka. Nie wiem, jak się domyśliła, ale odkryła moje serce…



Starsza Pani:  Udawała, że nie chce już grać i że zapomniała wszystko. Szybko chciała zakończyć ten temat. Jak się później okazało, nie było do końca tak, jak powiedziała. Zaczęło się od tego, że odprowadzając Julię do przedszkola wracała później niż zwykle.  I śmiem stwierdzić, że wracała inna, niż wychodziła. Postanowiłam sama dowiedzieć się o co chodzi. Powiem szczerze, że miałam małe obawy, że być może jakiś chłop zawrócił jej w głowie, a to chyba nie był dla niej najlepszy moment na tego typu relacje. W moim wieku to trochę dziecinne bawić się w podchody, ale nie chciałam, by ktokolwiek ją znów skrzywdził. To, co odkryłam okazało się warte tej dziecinady. Hania odprowadzając każdego dnia Julię, w jednej z sali, znalazła obiekt swoich pragnień – pianino. Otrzymała pozwolenie od pani dyrektor na korzystanie z instrumentu. Zakradłam się, by móc ujrzeć to zjawisko. Hania z wielkim drżeniem i ekscytacją zasiadła do pianina, delikatnie położyła palce na klawiszach, westchnęła i zaczęła grać. Wsłuchując się w melodię tego utworu wiedziałam, że wszystko w niej powstaje do życia. Poczułam, że Bóg jest pośród nas, triumfując zwycięstwo pragnienia. W tym właśnie momencie niebo dotknęło ziemi.


sobota, 3 grudnia 2011

Idąc ulicą spotkałam siebie

Dziś chciałam się podzielić króciutką historią z życia wziętą...jak poznałam Tego, który pozwolił mi odkryć samą siebie.

„Nie potrafię mieć nadziei” - powiedziała podczas naszego pierwszego spotkania – bo trudno jest uwierzyć w to, czego nie widzisz”. Poznałam ją kilka lat temu – mała dziewczynka na chwiejnych nóżkach. Była zła na cały świat, na niesprawiedliwość, która panoszyła się tu i tam, na ciągły brak, którego nie można niczym wypełnić i na ojca, który stchórzył, bo zapomniał kim jest. Wiedziałam, że bardzo ją boli, choć bała się pokazać słabość. Czekała na kolejną operację. Opowiadała mi o zmaganiach z chorobami, o trudnym dzieciństwie i o tym jak bardzo nienawidzi siebie.
Potem spotkałam ją znów, kilka razy, ciągnęła nogę za sobą. Widziałam też łzy w jej oczach, choć były suche. Jakiś czas później zobaczyłam ją na kolanach, zwróconą ku niebu. Od tamtej pory dość często ją tak widywałam. Nie miałam jednak odwagi podejść i zapytać, dlaczego klęczy. Chyba nie chciałam tego usłyszeć. Czy człowiek może znaleźć siłę w niewidzialnej nadziei, tam w górze?
Dostałam odpowiedź, gdy kilka lat później spotkałyśmy się twarzą w twarz. Wciąż była małą dziewczynką. Mówiła dużo o nadziei, tą, w którą tak trudno uwierzyć. Spotkała się z nią właśnie wtedy, gdy tak klęczała. Tak myślałam, człowiek nie jest w stanie poznać siebie bez Tego, który Go stworzył. Ta niewidzialna nadzieja przychodzi wtedy, gdy wielkie dziecko przestaje się okłamywać i w końcu widzi, że jest małe. Odetchnęłam z ulgą, bo zrozumiałam, że to ja jestem tą małą dziewczynką.

piątek, 2 grudnia 2011

Kamienny Bruk

Na dzień dobry chciałam się podzielić pewną historią, fikcyjną oparta na historii biblijnej. Tytuł: "Kamienny Bruk". Napisałam ją, bo po pierwsze czytając fragment z ewangeli wg św. Jana, zainspirowała mnie ta właśnie nazwa, tronu sędziowskiego. Po drugie zainspirował mnie sam Piłat. Nie wiemy za wiele, jakim był człowiekiem, ale pozwoliłam mojej wyobraźni zajrzeć mu w serce:)
o to moj pierwszy list do serca:)



Ten dzień był dla mnie wyjątkowo trudny. Nie dość, że zbliżało się święto Paschy, to akurat teraz arcykapłani żydowscy musieli przyprowadzić do mnie tego człowieka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo co roku o tej porze wypuszczam im jednego więźnia, ale w tym przypadku ogarnęła mnie jakaś dziwna trwoga.  Co nie co już o nim słyszałem, o jego niezwykłej mowie i o cudach, które czynił. Chciałem, by Żydzi sami go osądzili zgodnie ze swoim prawem. Niestety przynaglano mnie, bym to ja wykonał wyrok. Spojrzałem na niego i zapytałem czy jest królem żydowskim.  Nie dał mi jasnej odpowiedzi, i co najdziwniejsze nie próbował się bronić. Tak, jakby wiedział, co go czeka.  Zwróciłem się ponownie z zapytaniem, czy jest królem.  Tym razem zaczął mi coś mówić o prawdzie. Zapytałem go więc, czym jest prawda. Wtedy podniósł swój wzrok i spojrzał mi głęboko w oczy. Miałem wrażenie, że dotknąłem jakiejś tajemniczej mocy, która nie pozwoliła mi więcej otworzyć ust. Przez chwilę stałem jak wryty. Nie mogłem go osądzić. A co jeśli wydaje wyrok na kogoś potężniejszego ode mnie, kogoś znaczniejszego i bardziej wzniosłego od Rzymu? A co jeśli to… Bóg?

Nie mogłem dłużej tak stać. Zawołałem Żydów i powiedziałem, że nie widzę w nim nic złego.  Odesłałem go do Heroda i wyszedłem. Chciałem jak najszybciej uciec i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. To tak, jakbym się spotkał z wszechmocą, która mnie wręcz ogarnęła. Nie mogłem sobie pozwolić na taką słabość.  Miałem nadzieję, że zostawią mnie już w spokoju. Niestety wrócili. Nie miałem wyjścia musiałem coś z tym zrobić. To był czas wypuszczenia jednego z więźniów.  Postawiłem obok niego Barabasza. Myślałem, że wybiorą tego Hebrajczyka. Jednomyślnie zdecydowali się na Barabasza. Co miałem zrobić? Lud napierał. Wszyscy oczekiwali, bym w końcu wydał wyrok. Wtedy podeszła do mnie moja żona, prosząc mnie, bym zostawił tego człowieka w spokoju, bo on ją nawiedza w snach. Serce zabiło mi z przerażenia. I co teraz? Jeśli go nie osądzę, to co powiedzą ludzie? Co się stanie z moją władzą? Z szacunkiem, jakim mnie darzą? Nie mogę się na to zgodzić. Nie teraz, kiedy osiągnąłem już tak wiele. Toczyłem walkę wewnątrz siebie, a Żydzi co raz bardziej napierali. Jak bardzo go nienawidzili. Co on im takiego zrobił? Musiałem się zdecydować, jeszcze zobaczyliby moją niepewność. Wtedy ponownie spojrzał mi w oczy. I znów ta niemoc, niczym wszechogarniający paraliż. Miałem wrażenie, że trwa to wieczność. A w mych uszach rozbrzmiewał krzyk rozwścieczonego tłumu: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! Napięcie rosło.  A gdy nazwali mnie nieprzyjacielem cesarza, nie wytrzymałem. Usiadłem na tronie sędziowskim, zwanym Kamiennym Brukiem i skazałem go na śmierć.  Miałem nadzieję, że to koniec, że już go więcej nie zobaczę. Ale on powracał ciągle w moich snach. Nie mogłem zapomnieć o tym spotkaniu, o spojrzeniu, które zabierało mi siłę. Każdej nocy przychodził i znów tak samo na mnie patrzył. Pytałem, czego od mnie chce, by zostawił mnie w spokoju. Milczał. Skazałem na śmierć tysiące osób i nigdy nie miałem wyrzutów sumienia. Teraz poczucie winy wracało niczym koszmar. Gdy nadchodziła noc, wiedziałem co mnie czeka, że znów  zetknę się z potęgą, że dotknę się prawdy, która przeszywa niczym miecz, prawdy, którą odrzuciłem ze strachu przed człowiekiem, przed utratą reputacji. Prawdy, przed którą nie da się uciec.

Ja Piłat, tamtego dnia zabiłem Boga. Wybrałem poczucie godności opartej na ludzkiej aprobacie, choć prawda szarpała mi serce.  Pozwoliłem sobie zasiąść na tronie, znieczulić moje serce i sprawić, by stało się niczym kamienny bruk.

Zastanów się, czy ty dzisiaj nie zasiadasz na kamiennym tronie osądzając Tego, który jest PRAWDĄ.